piątek, 29 stycznia 2010

Radość będzie moją zemstą

Na dobry początek weekendu pozytywna nuta. The Sweptaways wraz z Jensem Lekmanem w piosence o optymistycznym tytule "Happiness Will Be My Revenge".

Zamknijcie oczy i dajcie się ponieść.


poniedziałek, 25 stycznia 2010

Czy Sztuka może zabić?

Czy kombinacja braku zrozumienia dla Sztuki, którą się tworzy, problemów rodzinnych i zdrowotnych może stać się powodem do odebrania sobie życia? Okazuje się, że dla wielu artystów tak właśnie było.

Chyba najsłynniejszym twórcą samobójcą był bardzo dobrze wszystkim znany Vincent van Gogh. Przyznam, że lektura jego listów do brata wzbudzała we mnie chandrę i smutek. Pod koniec książki wyraźnie zarysowywał się obłęd van Gogha, jego schizofreniczny świat i zagubienie. Pisał m.in. tak: (...) Ze zdrowiem jest dobrze; p.Peyron (lekarz Vincenta - przyp. autorki) ma rację mówiąc, że nie jestem wariatem we właściwym sensie tego słowa, moja myśl jest bowiem całkowicie normalna i jasna w okresach pomiędzy atakami - bardziej nawet niż dawniej. Ale podczas ataku jest strasznie, tracę świadomość wszystkiego. (...) Poglądy nieco zabobonne, jakie żywi się tu (w szpitalu psychiatrycznym, w którym przebywał artysta - przyp. autorki) na temat malarstwa, przyprawiają o melancholię większą, niż potrafiłbym ci powiedzieć; jest w tym trochę prawdy, że malarz zbyt pochłonięty jest tym, co widzą jego oczy, nie panuje dostatecznie nad innymi dziedzinami życia. (...) Tylko praca pozwala mi zachować trochę przytomności umysłu i obiecuję, że mogę kiedyś wyjść z tego. (...). I jeszcze fragmenty listu, który van Gogh miał przy sobie 29 lipca 1890 roku, w dniu swojej śmierci:
(...) Doprawdy, mogą za nas mówić tylko nasze obrazy. (...) Za moje malarstwo płacę ryzykiem życia, ono zabrało mi połowę rozumu - dobrze - ty jednak nie jesteś marszandem, któy handluje ludźmi, i możesz mieć swój udział, bo naprawdę postępujesz po ludzku, ale cóż z tego?
Trudna to była lektura, ale potrafiła wgłębić się w wewnętrzną walkę tego postimpresjonisty, jego motywy i ukryte lęki.
W ostatnią niedzielę lipca 1890 roku Vincent idzie w kierunku pola zbóż. Tam przykłada rewolwer do piersi i strzela. Umiera przez dwa dni. Na łożu śmierci miał powiedzieć do swojego szlochającego brata Theo: Nie płacz, zrobiłem to dla dobra wszystkich.

Kolejną inspirującą postacią, którą chciałabym Wam przedstawić, jest Mark Rothko. Wirtuoz pędzla abstrakcyjnego, wywodz
ący się z rosyjskiej rodziny żydowskiej, która wyemigrowała do Nowego Jorku. Od początku chciał przekazać ludzkości coś więcej niż zwykłe płótna zamalowane farbą olejną. Liczył się ukryty sens, reakcja publiczności na jego dzieła, zrozumienie głębi. Mawiał: Maluje się nie dla studentów czy historyków, ale dla ludzi. Ludzka reakcja jest jedyną rzeczą, jaka może dać satysfakcję artyście. Dlatego właśnie zrezygnował z lukratywnego kontraktu z restauracją Four Seasons. Zlecenie to w sumie wykonał - 30 ogromnych płócien o abstrakcyjnej tematyce. W trakcie jego realizacji powiedział nawet: (...) Mam nadzieję, że odbiorę apetyt każdemu sukinsynowi, który będzie jadł w tym pomieszczeniu. Chciał sprowokować i zaskoczyć odbiorców. Pragnął przekazać emocje, które towarzyszyły mu w trakcie tworzenia. Uświadomił sobie, że mu się to nie uda, gdy jadł posiłek w tejże restauracji. Pomyślał wtedy, że nikt nie zwróci uwagi na jego obrazy w miejscu, gdzie danie kosztuje taki majątek. I wtedy się załamał.
Podupadał na zdrowiu, pił coraz więcej (zaczynał o 10 rano), palił, nie układało mu sie w małżeństwie. To wszystko sprawiło, że jego twórczość stała się bardziej mroczna, posępna, o przerażającej barwie
oleju silnikowego. Bije od nich śmierć i zło.
Chciałabym ujrzeć dzieła Rothko, znajdujące się w Tate Gallery w Londynie, by sprawdzić prawdziwość słów Simona Schamy, który powiedział, że te obrazy wciągają i są uzależniające. Zapewne ma rację.
Mark Rothko został znaleziony martwy w swej pracowni 25-go lutego 1970 roku. Podciął sobie żyły. Tego samego dnia obrazy, które miały zawisnąć w Four Seasons, zostały przetransportowane do Tate Gallery.


Gotowi na więcej? Co powiecie na Ernsta Ludwika Kirchnera?
Ten niemiecki malarz ekspresjonista również należał do grupy artystów niezrozumianych, którzy przeżyli załamanie nerwowe (w tym przypadku jednym z głównych czynników było dobrowolne zgłoszenie się do armii w trakcie I wojny światowej; wydarzenie to pozostawiło wiele blizn w psychice tego wrażliwego malarza). Idealiści ciężko znoszą brak akceptacji wśród tych, którzy błędnie odbierają ich sztukę. W 1937 roku dzieła Kirchnera zaprezentowano na wystawie zorganizowanej przez nazistów pod dość jednoznacznym tytułem Sztuka zdegenerowana. Około 600 jego prac zostało zniszczonych na rozkaz autorytetów III Rzeszy. To i problemy zdrowotne sprawiły, że Kirchner sięgnął po pistolet i zastrzelił się 15 czerwca 1938 roku.


No dobrze, trzech reprezentantów starczy. Nie chcemy przecież wprowadzać się w depresyjny humor, prawda? W sumie można by opisać jeszcze Witkacego (podcięcie tętnicy szyjnej i zażycie weronalu), Fridę Kahlo (wciąż spekuluje się na temat jej samobójczej śmierci w postaci przedawkowania leków przeciwbólowych), Alfreda Maurera (powiesił się w drzwiach sypialni swojego ojca), Kay Sage... Dobra, basta!


Konkluzja z tego posta jest chyba dość prosta. Sztuka niezrozumiana jest dla artysty cierpieniem.

sobota, 23 stycznia 2010

Powrót do przeszłości

Niedawno nabrałam ochoty na małą podróż do przeszłości w celu poznania przedwojennej Warszawy. Wędrówka ta obudziła we mnie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony podziwiałam piękno ówczesnej architektury, stylu życia, a z drugiej ogarnęło mnie głębokie przygnębienie, gdy uświadomiłam sobie, iż tego już nie ma, że istnieje tylko na czarno-białych zdjęciach, pocztówkach bądź filmikach. I deprymuje fakt, że zostało to tak okrutnie i z tak bezlitosną łatwością zniszczone. Warszawa to przecież symbol cierpienia i polskiej martyrologii.
Patrzyłam na fotografie ludzi, uwiecznionych przy wykonywaniu zwykłych codziennych czynności i tworzyłam sobie ich historie. Pani, która kupuje na straganie pomidory, pewnie tuż po tym popędzi do domu, gdzie czeka trójka pociech, i zrobi im pyszne kanapki. Młodzieniec, który czyta gazetę na przystanku tramwajowym, za chwilę wskoczy do tramwaju, by pojechać na spotkanie ze swoją ukochaną w słynnej kawiarni Adria. Dzieci za zarobione ze sprzedaży periodyków pieniądze pobiegną wśród śmiechów i pisków na lody, a dystyngowana pani w końcu zdecyduje się na kapelusz z wielką kokardą. Staruszek, pykający fajkę, sprzedaje na Nowym Świecie cukierki ślazowe, elegancki mężczyzna ze skórzaną teką biegnie do pracy w Banku Towarzystw Spółdzielczych, inny zaś do redakcji "Głosu Prawdy" na rogu ulic Szpitalnej i Zgody. Zakochana para jedzie dorożką ulicą Marszałkowską i słodko uśmiecha się do obiektywu. Śliczna kobieta z równie ślicznymi pociechami spaceruje przy Oranżerii w Ogrodzie Saskim, stary Żyd podąża do Wielkiej Synagogi (obecnie w miejscu, gdzie ona stała, znajduje się wieżowiec Peugeota). Mogłabym mnożyć tych historii. Nie chcę myśleć, jak potoczyły się losy tych ludzi, gdy wybuchła II wojna światowa. Wolę ich zapamiętać właśnie takich - szczęśliwych, zaaferowanych zwykłą codziennością z cudowną Warszawą w tle.
Wzruszająca i przepiękna to była podróż. Na pewno jeszcze nie raz ją odbędę.

Przedstawienie baletowe w Teatrze. Zdjęcie to zrobiło na mnie ogromne wrażenie.

Targ na Starym Rynku. Koniec XIX wieku.

Aleje Jerozolimskie. Najbardziej podoba mi się ten pan, który wygląda jak Flap.

Ogród Saski

Mieczysław Fogg w "Piosence o mojej Warszawie ":



I Kazimierz Szerszyński w utworze "Chodź na Pragę" oraz Tadeusz Faliszewski w "Balu u Starego Joska":


piątek, 22 stycznia 2010

Łagodne Niedźwiedzie Grizzly

Czy niedźwiedzie grizzly potrafią być niegroźne? Owszem, jeśli:
primo - nie damy im powodów do złości, efektem której może by
ć trwałe kalectwo bądź nawet utrata życia;
secundo - tymi niedźwiedziami są czterej muzyczni zapaleńcy pochodzący z Brooklynu. I właśnie im chciałabym poświęcić dzisiejszego posta.


Ci znajomi, którzy wiedzą, jak wielką miłością darzę Toulouse - Lautreca, wiedzą również, jak bardzo lubię Grizzly Bear.


Przyznam, że ich listopadowy koncert w Kolonii, w którym dane mi było uczestniczyć, to jedno z piękniejszych doznań, jakich doświadczyłam w ostatnim czasie. Zaczarowali publikę, przerwali jej kontakt z rzeczywistością i zabrali do innego świata. Magiczną atmosferę potęgowało miejsce, w którym rozegrano koncert. Był nim stary protestancki kościół zaadaptowany na centrum kultury. Koncert idealny pod każdym względem (podobnych orgazmów dostawałam 2 miesiące wcześniej na występie Davida Byrne'a w Stodole). Szczyt ekstazy nastąpił, gdy muzycy pod koniec wykonali bez użycia instrumentów utwór "Foreground". Zachwycili swoimi niezwykłymi głosami. Poniżej zamieszczam kilka zdjęć z koncertu + parę piosenek z klipami (teledyski GB charakteryzują się oryginalnością i kreatywnością, czasem nawet psychodelizmem). Pozwolę sobie również zamieścić moją recenzję ich ostatniej płyty "Veckatimest", która pretendowała do miana najlepszej płyty minionego roku. Recenzja ta ukazała się w gazetce "Magiel" (nr 110). Mam nadzieję, że dzięki niej zachęcę do zapoznania się z twórczością Grizzly Bear.

Niedźwiedzie po trzech latach przerwy znów zaryczały. I cóż to za ryk, mili Państwo! Będzie się obijać echem w muzycznej puszczy, gdyż Grizzly Bear ponownie udowodnili, że potrafią tworzyć muzykę, wywołującą u słuchaczy dreszcze.

W trakcie przerwy panowie wydali rewelacyjną EP-kę
Friends we współpracy z m.in. Beirutem, Dirty Projectors, CSS, Atlas Sound i Band of Horses, a Daniel Rossen zaangażował się w inny zwierzęcy projekt muzyczny - Department of Eagles. Jednak dusza niedźwiedzia dała o sobie znać i muzycy znów spotkali się w studio, a efektem tegoż spotkania jest album Veckatimest.

To zdecydowany krok do przodu w ich karierze. Zaczęli dywersyfikować swój styl, dlatego Veckatimest wydaje się mniej monotonny niż poprzedni album studyjny Yellow House. Mimo że na najnowszej płycie nie brakuje „zapychaczy” w stylu About Face bądź Hold Still, to całość prezentuje się niezwykle sugestywnie i wyborowo.

Uczta dla niedźwiedziego (i nie tylko) konesera rozpoczyna się już przy utworze inauguracyjnym. Prosty gitarowy riff na początku, następnie urzekający gło
s Rossena oraz sukcesywnie rozwijająca się linia melodyczna - to składniki pierwszej piosenki Southern Point. Równie radosne są kolejne utwory, ze szczególnym uwzględnieniem Cheerleader oraz While You Wait For The Others. Muzycy utrzymują poziom do końca i finiszują refleksyjnym utworem Foreground, którego zakończenie wywołuje uczucie niedosytu i okrutnie przerwanego kilkudziesięciominutowego orgazmu (takie zdarzają się tylko w sztuce).

Myślisz „Chcę więcej!”, ale więcej nie dostaniesz. Cóż zatem pozostaje? Puścić album ponownie, zamknąć oczy i przeżywać muzyczne uniesienie od nowa.

Koncert Grizzly Bear, 19.11.2009r., Kulturkirche, KoloniaEdward Droste, Grizzly Bear
Koncert Grizzly Bear, 19.11.2009r., Kulturkirche, Kolonia











środa, 20 stycznia 2010

Laleczki jak cukiereczki i zmysłowe tancereczki

Czy burleska i tzw. pin-up girls mogą być tematem Sztuki? Czemu nie!

Gil Elvgren (1914 - 1980) to chyba najbardziej znany artysta, który portretował "szałowe dziewczyny". Dzieła okazały się wielkim komercyjnym sukcesem, a koncerny takie jak Coca Cola, General Electric koniecznie chciały nawiązać współpracę z twórcą. Przecież piękne panie to gwarancja sukcesu!

Gil Elvgren dla Coca Coli

Elvgren przedstawiał na swych obrazach idealne życie, pełne zabawy i zmysłowości. Dzieła te nie epatują bynajmniej wulgarną seksualnością, balansującą na granicach pornografii. Ich bohaterkami nie są bezwzględne femme fatale. Owszem, jest tu seksapil, ale cechuje go umiarkowanie, dystynkcja i urok.
Podczas gdy u nas II wojna światowa zbierała krwawe plony, kariera Elvgrena rozwijała się w szybkim tempie. Kalendarze, reklamy, ilustracje w znanych magazynach. Ameryka pokochała "podopieczne" tego artysty! Jego technika polepszała się, co zaskakiwało samego Gila. Elvgren zmarł w 1980 roku, jednak jego twórczość nie została skazana na zapomnienie. Ciężko przecież zapomnieć dorobek, który cechuje szczera apoteoza życia.


Gil Elvgren nie był jedynym "pin-up artystą". Tym samym mianem określano m.in. Rolfa Armstronga, Joyce Ballantyne, Arta Frahma i innych.

Jeśli chodzi o burleskę to mamy tu do czynienia raczej ze sztuką sceniczną, jednak jej charakter został świetnie odzwierciedlony na kilkudziesięciu plakatach, promujących występy kobiet z tej branży (przykłady na dole, ten pierwszy pochodzi z 1898 roku, drugi zaś z 1949 roku). Oczywiście, nie można tez zapomnieć o czarno białych zdjęciach, pochodzących z XIX i początków XX wieku, na których to prężą się słynne tancerki.

Lydia Thompson, aktorka i tancerka burleski, ok. 1870 r.


Dla pobudzenia zmysłów (głównie męskich zapewne) zamieszczam video z piosenką "Space Weaver" w wykonaniu wokalistki Dead Can Dance, Lisy Gerrard.



poniedziałek, 18 stycznia 2010

Historia jednego obrazu i miłości do morza

Morze jest wdzięcznym modelem do malowania. Niespokojne, temperamentne wręcz, dynamiczne, enigmatyczne. Zainspirowało wielu artystów, dzięki czemu narodziło się malarstwo marynistyczne. Tzw. marina najbardziej rozwinęła się w takich krajach jak Holandia, Anglia, Francja, Włochy. Czołowym przedstawicielem był William Turner, postać zagadkowa i mroczna.

Ten angielski artysta przez wiele lat przedstawiał sielską i romantyczną stronę Anglii, dzięki czemu zyskał sympatię Królewskiej Akademii. Jednak z biegiem czasu zaczął dostrzegać więcej, spoglądał na świat bardziej krytycznie. Popadał w fobie związane ze śmiercią, zaczął ujawniać swą drugą naturę pełną goryczy i niepokoju. Nie, nie cierpiał na schizofrenię czy inną chorobę psychiczną. Po prostu pewnego dnia postanowił rozliczyć Anglię z jednego występku. I tak, w 1840 roku na wielkiej wystawie w Londyńskiej Królewskiej Akademii Sztuki, dumna i trochę próżna Anglia ujrzała ten obraz:

William Turner, Statek niewolników, olej na płótnie, 1840 rok

Obraz ten łączy w sobie pejzaż, alegorię oraz malowidło historyczne. Jest swoistym wyrzutem sumienia Anglii, która w XVIII wieku jeszcze propagowała niewolnictwo. Turner odtworzył jedno z najbardziej kompromitujących wydarzeń w historii Imperium Brytyjskiego. W 1781 roku angielski statek wracał do kraju po udanych afrykańskich "łowach", mając na pokładzie wielu murzyńskich niewolników przeznaczonych na sprzedaż. Ci byli transportowani w nieludzkich warunkach, czego efektem stały się choroby. Dowódca Luke Collingwood postanowił dokonać okrutnej selekcji i pozbyć się słabeuszy, którzy mogli zarazić zdrowe "okazy". Spryciarz, wiedział, że ubezpiecznie pokryje koszty, gdy udowodni, iż niewolnicy ponieśli śmierć na morzu. 132 Afrykańczyków bestialsko zamordowano, topiąc w odmętach rozsierdzonego morza...

Anglia od czasu tego wstydliwego dla niej wydarzenia zniosła niewolnictwo i zaczęła krytykować kraje, w których ono jeszcze obowiązywało. Turner postanowił zdemaskować swą ojczyznę, co miało być jego głosem w międzynarodowej debacie dotyczącej tej nielegalnej prakty
ki.

Charakterystycznymi dla niego niedbałymi i szaleńczymi pociągnięciami pędzla stworzył majstersztyk, który stawić musiał czoła niezadowoleniu krytyki, przekleństwom i zajadłym atakom. Kpiono z Turnera, a jego obraz nazwano "obrzydliwym absurdem". Malowidło ubrane w piękne szkarłaty, złota, zgniłe zielenie stało się przyczyną fali oburzenia i obrzydzenia. Słusznie? Czy można być tępionym za nonkonformizm? Czy można tak degradować Sztukę, gdy staje ona w obliczu krępujących wątków z historii narodu, gdy go pozbawia idealizmu i unikatowości? Simon Schama, jeden z moich ulubionych historyków sztuki, w swoim programie "Potęga Sztuki" postawił retoryczne pytanie: "Jak to możliwe, że my widzimy arcydzieło, a krytycy porównywali go do kuchennego bałaganu lub zawartości spluwaczki?" No właśnie, jak.

Gdy chadzałam Piritą (promenada nad samym morzem w Tallinie) myślałam sobie: "Turner polubiłby Tallinn, pokochałby to morze tutaj, a najbardziej jego wzburzone i dzik
ie oblicze w trakcie sztormów". Malarz ten, jak mało który, potrafił tak zachwycająco zilustrować potęgę przyrody i posłuszne podporządkowanie się człowieka jej ekstremalnym kaprysom. Motyw ludzkiej małości i miernoty często przewija się na jego obrazach. Nie wszyscy jednak to docenili.

Kilka moich zdjęć z Tallina dla pobudzenia wyobraźni:






niedziela, 17 stycznia 2010

Warsaw calling, part 2

Kolejna odsłona warszawskiego albumu i kolejna piosenka zadedykowana naszej stolicy. Tym razem norweski zespół Superfamily (cały album, z którego pochodzi tenże utwór, nosi tytuł "Warszawa")

Let's stray in the city!


A tu słodka surogatka z warszawskiego ZOO