piątek, 22 kwietnia 2011

Connan!

Jeszcze trochę będzie muzycznie. Nie mogłam się powstrzymać.



środa, 20 kwietnia 2011

Muzycznie artystycznie

Bowie, Picasso, Warhol i Lichtenstein w jednym. Czego chcieć więcej!

środa, 16 marca 2011

Liebespaar (pierwotny tytuł "Pocałunku")

"Pocałunek" Klimta to bodajże najczęściej reprodukowane dzieło. Obok sitodruków Warhola przedstawiających znane postaci stał się symbolem komercyjnej kultury, skierowanej do masowego odbiorcy. A przecież niesie ze sobą niezwykle sensualny przekaz, który na przełomie ostatnich lat został zdeprecjonowany.
Przeprowadzono wiele studiów nad najsłynniejszym obrazem Klimta, a ich wyniki, które są niezwykle intrygujące, ułatwiają interpretację i pozwalają zrozumieć motywy twórcy, który przecież słynął ze swojej fascynacji erotyką i z seksualnych przygód.


Gustaw Klimt, "Pocałunek", 1907 - 1908.

Do stworzenia tego wpisu zainspirował mnie odcinek "Historii wielkich dzieł" (dokumentu BBC) poświęcony "Pocałunkowi". Historycy sztuki, artyści, pisarze zdradzili tajemnicę enigmatycznego obrazu Klimta, którego analiza na pierwszy rzut oka wydaje się być oczywista, ale jak powszechnie wiadomo, wybitni artyści nie są raczej zwolennikami prostoty przekazu. Podobnie było z Klimtem.
Badania historyków sztuki skupiały się przede wszystkim na p
ostaci kobiety. Meżczyzna jest tu wielką niewiadomą, choć jest wielu zwolenników teorii, iż przedstawia on samego malarza. Jednak to płeć piękna budzi największe kontrowersje. Większość zgadza się, że jest to życiowa partnerka Klimta - Emilie Flöge. Nigdy nie wzięli ślubu, ale stanowili przez wiele lat zgraną parę opartą na porozumieniu dusz. Emilie, właścicielka domu mody, pojawia się na wielu portretach atysty.

Klimt & Flöge


Klimt był zwolennikiem libertyńskiej rozwiązłości i uwielbiał otaczać się pięknymi kobietami. W szczególności upodobał sobie te o ognistych włosach. Mówi się, że w trakcie pracy nad obrazem otaczały go niewiasty, które budziły w nim natchnienie i dawały ukojenie w momentach twórczej niemocy. Erotyczna rozpusta Klimta przyprawiała o bóle głowy jego matkę oraz siostry, które za wszelką cenę starały się ukryć styl życia prowadzony przez brata. Nie chodziło im jedynie o zachowanie dobrej reputacji rodziny wśród społeczeństwa, ale też o ich specyficzne relacje rodzinne. Klimt był rozpieszczany zarówno przez matkę jak i siostry, a w wieku 45 lat wciąż mieszkał pod jednym dachem z nimi. Ta szczególna zależność mogła w dużym stopniu wpłynąć na stosunek Klimta do kobiet i pojęcia miłości.
Jego upodobanie do seksu oraz intymne fantazje widać na wielu obrazach. "Pocałunek" nie jest tu wyjątkiem i uzewnętrznia wyuzdaną naturę twórcy. Wielu historyków sztuki twierdzi, że kształt pary nie bez przyczyny przypomina penisa, choć nie każdy pewnie chce w tak delikatnym dziele ujrzeć wulgarny erotyczny podtekst. A jednak. Klimt nie traktował miłości jako wiecznie trwającego uczucia, jako metafizycznego doznania wynoszącego zakochanych na wyżyny zmysłowości oraz niczym nie zmąconej radości. Potrafił zdyskredytować miłość, domalowując na wielu obrazach elementy symbolizujące niebezpieczeństwa, które niesie ze sobą to uczucie. Na obrazach, które miały zawisnąć na Uniwersytecie Wiedeńskim, przedstawił wiele par w erotycznym uścisku, ale nie omieszkał umiejscowić tam starej, pomarszczonej i samotnej kobiety, która zdecydowanie nie czuje się dobrze w takim otoczeniu. Inne dzieło zatytułowane "Miłość" obrazuje obejmującą się parę. Nad nimi unoszą się niepokojące, przerażające wręcz, postacie - Zazdrość, Nienawiść, Starość i Śmierć. Klimt wysyła nam komunikat, że miłość fizyczna jest ulotna.


Gustaw Klimt, "Miłość", 1895 rok.


W "Pocałunku" również czai się zagrożenie. Kochankowie klęczą na ziemi usłanej kwiatami, ale zauważcie, że dalej jest już pustka, otchłań. Domyślamy się tego, obserwując stopy kobiety.
A czy w ogóle nazywanie bohaterów obrazu kochankami jest trafne? Przecież kobieta najwyraźniej opiera się mężczyźnie, odwraca głowę, próbujac uniknąć pocałunku. Wielu ekspertów uważa, że obraz ten symbolizuje emancypację płci pięknej i koniec dominacji mężczyzn.
Pewnym jest jednak, że obraz na wiele lat został zapomniany, a Klimt zdetronizowany przez młodych atystów takich jak Egon Schiele i Oskar Kokoschka. "Pocałunek" powrócił do łask w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiętych, czyli w latach seksualnej rewolucji i swobody.

Obecnie każdy z nas może mieć "Pocałunek" na kubku czy też na pościeli bądź zegarze. Warto jednak poznać historię takiego dzieła, a nie traktować go jedynie jako zwykły gadżet.




niedziela, 2 stycznia 2011

Witamy Nowy Rok muzyką

Nowy Rok. Czas odkurzyć bloga. Na początek trochę muzyki, która dawno tu nie gościła.

Pomyślności w 2011 roku!


sobota, 6 listopada 2010

Toż to szok!

10 lat temu Joanna Rajkowska upubliczniła swój projekt zatytułowany "Satysfakcja gwarantowana", w którym przedstawiła kilka produktów konsumpcyjnych, które powstały na bazie jej własnego ciała. Wśród wyprodukowanych dóbr znajdowały się napoje chłodzące, mydła, perfumy i wazelina. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że każdy z tych towarów rzeczywiście zawierał w sobie nad wyraz osobiste elementy samej artystki - a to jej ślina, a to śluz z pochwy, a to wyciąg z gruczołu piersi, a to endorfiny, feromony bądź tłuszcz. Rozpropagowała swoją intymną sferę opakowaną w użytkowy produkt oraz ozdobioną marketingowymi sloganami i zainicjowała kontrowersyjny dialog z odbiorcą poprzez intelektualną prowokację. Tak, był tam ukryty przekaz, ale to nieistotne. Dla konserwatywnego społeczeństwa polskiego publiczny ekshibicjonizm był szokiem.
7 lat wcześniej jej koleżanka po fachu, Katarzyna Kozyra, broniła pracę dyplomową na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Jej dzieło nosiło tytuł "Piramida zwierząt" i składało się z czterech wypchanych zwierząt - koguta, kota, psa i konia. Dwa stworzenia - kogut i koń - zostały osobiście wyselekcjonowane przez artystkę do "uczestnictwa" w projekcie. Wystawie towarzyszył brutalny film przedstawiający scenę zabijania konia. Dla polskiego społeczeństwa, będącego na etapie poznawania praw zwierząt i akceptującego morderstwa zwierząt tylko do pragmatycznych celów, instalacja była szokiem.
To samo uczynił kilkanaście lat później Karol Radziszewski. Nie, nie wypchał żadnego bożego stworzenia ani nie zrobił czekolady z dodatkiem swojej spermy. Po prostu - zaszokował. Zaszokował szczerością oraz wyrazistością swojego artystycznego wyznania. Radziszewski, zadeklarowany gej, postanowił ujawnić swoją orientację całemu światu poprzez sztukę. Najpierw była wystawa "Biuro", potem "Zawsze chciałem", następnie posypały się nagrody. Dla polskiego społeczeństwa, uczącego się seksualnej tolerancji, ekspozycje były szokiem.
Jakże fascynującym pojęciem jest pojęcie kontrowersji i ileż w sobie relatywizmu zawiera. Jakże szybko pojęcie to ewoluuje i zwiększa swój poziom akceptacji
wśród społeczeństwa. Do iluż to dziedzin wkrada się jego definicja.
Kiedyś kontrowersyjny był obraz Turnera przedstawiający scenę śmierci w odmętach rozsierdzonego morza ponad setki Afrykańczyków, których brutalnie wyrzucono za burtę statku, wiozącego do Anglii czarnych niewolników. Za kontrowersyjną można było również uważać rzeźbę Berniniego zatytułowaną "Ekstaza św. Teresy". Czyż nie prowokował również David przedstawiając śmierć Marata, jednego z przywódców rewolucji francuskiej? Czy nie zaszokował miłośników sztuki Monet, który swoją "Impresją, wschodem słońca" wprowadził rewolucję w artystycznym świecie? A czy Rembrandt nie rozsierdził władz Amsterdamu, pokazując im swoją wizję narodzin narodu holenderskiego?
Obecnie stajemy się coraz mniej czuli na proste formy przekazywania komunikatów, dotykających społecznych problemów współczesności. W akcjach prze
ciwko aborcji już nie szokują tak bardzo zdjęcia martwych płodów, a w kampaniach przeciwko paleniu nie robią wrażenia foty trawionych przez raka płuc. To już wszystko było.
Artyści, którzy chcą być społecznie zaangażowani, którzy chcą prowokować i zmuszać do myślenia, nie mogą sobie pozwolić na artystyczną wtórność, która osłabia siłę głoszonych przez nich poglądów. W świecie, w którym nie odchodząc od komputera możemy obserwować waginy hollywoodzkich celebrytek, śmierć pacjenta poddanego eutanazji czy szlachtowane w rzeźni krowy, kontrowersja oraz prowokacja tracą swoją moc. Owszem, jeszcze jest spore pole do popisu, ale kiedyś pomysły się skończą i co wtedy? Sztuka wróci do dawnego konceptu obrazowania piękna?
Nie mam nic przeciwko.

Katarzyna Kozyra, "Piramida zwierząt"

sobota, 16 października 2010

Panie Janie, lubię Pana fotografowanie.

Jest nazywany "ojcem polskiej fotografii". Fotografował wrac z synem zniszczone po II wojnie światowej miasta - m.in. Warszawę, Wilno. Jego dokumentacja poświęcona polskiej stolicy obfituje w zdjęcia przedstawiające przerażające i mroczne ruiny. Wiele z nich przypomina abstrakcyjne dzieła, które mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. A jednak taka była rzeczywistość. Widzimy na fotografiach martwe miasto, brutalnie pozbawione życia oraz zamyślonych i zagubionych ludzi.
Przed wybuchem II wojny światowej zajmował się tzw. "fotografią ojczystą", która akcentowała narodowość oraz polskość. Tworzył symboliczne krajobrazy i przejmujące portrety. W jego pracowni powstało około 160 albumów poświęconych miastom oraz regionom II Rzeczypospolitej. Uwiecznił na fotografiach przedwojenną architekturę m.in. Warszawy, Lublina, Wilna, Zamościa, Krakowa. Niestety, większość jego dorobku spłonęła w 1944 roku w czasie walk o Wilno. Ocalałe prace można oglądać przede wszystkim w Muzeum Narodowym w Warszawie (kilka lat temu była tu zorganizowana wystawa poświęcona fotografii Bułhaka) i we Wrocławiu, Muzeum Historii Fotografii w Krakowie, Bibliotece Narodowej w Warszawie oraz w Muzeum Sztuki w Łodzi.
A oto kilka zdjęć z bułhakowskiej kolekcji, odzwierciedlające niezwykły talent twórcy:

Warszawa 1945, Aleje Jerozolimskie, teren dawnego Dworca Głównego

Warszawa 1945, ul. Marszałkowska, róg Wilczej

Warszawa po II wojnie światowej

Tęcza, ok. 1930 rok

Wilno, ul. Św. Ignacego, 1917 rok


Katedra

Legitymacja członkowska Polskiego Towarzystwa Fotograficznego
należąca do Jana Bułhaka

Drezno, 1912 rok

Wilno. Pożar, 1916 rok

Warszawa. Widok na dachy Starego Miasta, 1920 rok


"Motywy fotografa są wszędzie i nigdzie. Decyduje o nich, poza osobowością (przenikliwością, wyczuciem) artysty, chwila, jeden moment."

Jan Bułhak (1876–1950)




środa, 8 września 2010

Moda inaczej

Moda to nie tylko wychudzone modelki na wybiegach bądź w obiektywach znanych fotografów. To także ilustracje. Nie, nie takie ilustracje, będące wstępnym szkicem wizji jakiegoś projektanta. Tu mamy większe stężenie artyzmu i zabawy konwencją. Poznajcie kilku ilustratorów - designerów, których efekty pracy można z czystym sumieniem nazwać sztuką.

Naja Conrad Hansen

Moja zdecydowana faworytka. Inspiracją dla Nai jest nie tylko moda, ale także muzyka hardcore, sztuka oraz to, co ją otacza. Świat mody docenia artystkę i powierza jej co jakiś czas designerskie projekty do realizacji.



Petra Dufkova

Zamierzony chaos i niedbałe pociągnięcia pędzlem nasączonym farbą akwarelową dają fantastyczny efekt.



Noumeda Carbone

Noumeda mawia, że lubi niespodzianki pomiędzy liniami, popełnianie błędów, które potem okazują się miłym zaskoczeniem. Jej twórczość również pozytywnie zaskakuje.


Cecilia Carlstedt

Szwedka, która współpracowała z takimi firmami jak H&M, Svarovski, Bloomingdales, La Perla, MTV. Niezwykle subtelne i zmysłowe ilustracje.



Danny Roberts

Mój drugi ulubieniec. Danny to profesjonalny ilustrator, fotograf oraz grafik. Jak sam przyznaje, uwielbia współpracować z artystami. Już w wieku 13 (!) lat założył własną firmę odzieżową. Obecnie ma 24 lata. Ahh, i jest zabójczo przystojny.


Polecam efekty jego współpracy z Julią Frakes:




Raphaël Vicenzi

Samouk. Autor pięknych ilustracji, w których często ukryty jest przekaz.